Mała, amatorska skocznia i tor saneczkowy powstały jeszcze w Grünbergu. Kilkadziesiąt lat później Zielonogórzanie dorobili do tego wyciąg, a nawet dwa. Dziś „górka tatrzańska” cały czas jest w modzie.
Po śniegu i mrozie pozostały już tylko wspomnienia. Podobnie zresztą jak po kolejkach do orczyka na Górce Tatrzańskiej. Przed wojną nazywanej Blücherberg, czyli Wzgórze Blüchera. Dlaczego? Od nazwiska pruskiego feldmarszałka, dowódcy armii pruskiej w zwycięskich bitwach z wojskami Napoleona pod Waterloo, Kaczawą czy Lipskiem. Skąd i kiedy pojawiła nazwa Górka Tatrzańska, tego możemy się tylko domyślać.
To właśnie na wprost tego stoku śmiałkowie skakali na nartach. Przedwojenna naturalna skocznia musiała przetrwać co najmniej do początku lat 60. XX wieku. W archiwum Bronisława Bugla zachowała się seria zdjęć z zawodów w tym miejscu. Widać na nich grupę chłopców, którzy z emocjami wyrysowanymi na twarzach odbijają się z progu. Najlepsi mieli tak przelatywać nawet po kilkanaście metrów.
Kąpielisko z halą
Pomysł budowy ośrodka sportów zimowych na Wzgórzach Piastowskich pojawił się w 1970 r. przy okazji 25. rocznicy zajęcia Grünbergu przez Rosjan. 16 lutego „Gazeta Zielonogórska” relacjonowała: „…młodzież czynem uczci 25. rocznicę wyzwolenia miasta i powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do Macierzy”.
Kazimierz Mamak, przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej, zaproponował, by młodzież przyjęła długofalowe zadanie budowy ośrodka rekreacyjnego w Parku Piastowskim (nazwa Górka Tatrzańska jeszcze nie funkcjonowała), łącznie z kąpieliskiem leśnym przy ul. Botanicznej. Po sąsiedzku wystartowała budowa (której nigdy nie ukończono) hali widowiskowo-sportowej.
W grudniu 1971 r. gazeta donosiła o pracach Społecznego Komitetu Zagospodarowania Wzgórz Piastowskich. „Wyposaża się aktualnie w Parku Piastowskim dwie narciarskie trasy zjazdowe o długości około 150 m. Jedna z tych tras będzie oświetlona i będzie miała mechaniczny wyciąg orczykowy. Obok tras narciarskich powstaje tor saneczkowy o długości około 300 m” – pisał Kazimierz Różalski.
Prace miały się zakończyć przed rozpoczęciem ferii zimowych w 1972 r. W czynie społecznym wykonywały je załogi Zielonogórskiego Przedsiębiorstwa Transportowo-Sprzętowego Budownictwa, Przedsiębiorstwa Poszukiwań Naftowych, żołnierze z jednostki w Czerwieńsku oraz młodzież z I LO przy ul. Kilińskiego.
Wandale i brak śniegu
Problemy z wyciągiem i trasą narciarską pojawiły się już rok po otwarciu. „Gazeta Zielonogórska” zastanawiała się, jak zaradzić wandalom. „Jeśli sytuacja na tym torze nie zmieni się radykalnie, za dzień, dwa nie będzie można z niego korzystać, a wyciąg ulegnie dewastacji. Chodzi o to, że torem narciarskim pokrytym kilkucentymetrową warstwą śniegu zjeżdżają saneczkarze, a przede wszystkim bardzo wielu młodych ludzi na butach. Tor „łysieje”… Dwaj starsi panowie, którzy obsługują wyciąg i pilnują porządku na torze, nie są w stanie upilnować wszystkich niezdyscyplinowanych, a przede wszystkim rozwydrzonych młodzieńców”.
Sposobem miała być większa kontrola. „Trzeba tych, którzy nie umieją z tych urządzeń korzystać, nauczyć kultury”- pisał dziennikarz. Postulował, by przy wyciągu dyżurowali aktywiści z ognisk Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej, ormowcy i milicjanci. Proponował też, by uruchomić na miejscu wypożyczalnię nart.
Przez lata niewiele się zmieniało. Walka z wandalami i oczekiwania na wystarczającą ilość śniegu dominowały nad działalnością wyciągu. Mimo to od 1982 do 1993 r. ośrodek dzierżawili dwaj byli sportowcy Jan Pac oraz Marian Filipiuk, niegdyś znakomity sprinter, nazywany „lubuską błyskawicą”, olimpijczyk z Tokio (1964 r).
„Zastaliśmy kompletną ruinę. Nie było żadnego budynku, oświetlenia, ani wyciągu” – wspominał na łamach „Gazety Wyborczej” Pac. Po inwestycjach na nowo uruchomili orczyk 8 lutego 1983 r. „Gdy śniegu było pod dostatkiem, pracowaliśmy codziennie od rana do wieczora. Zainwestowane pieniądze na pewno wyciągnęliśmy z nawiązką. Ale mogło być lepiej. Potrzebne byłyby jednak dalsze inwestycje… Jeszcze przed wygaśnięciem naszej 10-letniej umowy z miastem wystąpiliśmy do ówczesnej prezydent Antoniny Grzegorzewskiej o zezwolenie na wydłużenie stoku. Mieliśmy plan na usypanie dłuższej górki, na której byłyby dwie trasy zjazdowe, na dole bar, a na trasach armatki śnieżne” – opowiadał dzierżawca. Zgody jednak nie doczekali. I w 1993 r. wyciąg wrócił do miasta. Po przebudowie i doposażeniu działał pod zarządem MOSiR, ale coraz rzadziej, bo brakowało śniegu. W swoją „ostatnią drogę” ruszył w roku 2010 lub 2011.
O zakusach na poważne inwestycje w rozbudowę ośrodka, zakup armatek śnieżnych, a nawet pokrycie stoku igelitem, i owszem, mówiło się, pisało. Nic z tego jednak nie wyszło.
Działał wyciąg
Kilka lat wcześniej, zanim ruszył wyciąg na Wzgórzach Piastowskich, zimą w lesie na terenie dzisiejszego Parku Poetów warczał silnik WSK-i, wciągając narciarzy na szczyt dość stromego stoku. Henryk Tajkiewicz i Zbigniew Brodecki ze Studium Wychowania Fizycznego Wyższej Szkoły Inżynierskiej zachęcili inżyniera Mieczysława Steligę, by zaprojektował wyciąg bezpodporowy, czyli tzw. wyrwirączkę. Wyciąg działał z reguły w weekendy, i tylko przez dwa lata (1966-1967). Dlaczego tak krótko? Korzystali z niego przede wszystkim pracownicy i studenci WSI, a gdy uczelnia kupiła własny autobus, zaczęła organizować narciarskie wypady do Szklarskiej Poręby niemal w każdy zimowy weekend.
mat. UM Zielona Góra







