Zielonogórzanin porwał dzieci. Ukrył u zakonnic. Straszył śmiercią i zamachami

Andrzej Sz. porwał swoich dwóch synów i zniknął. Półtora roku ukrywał się z dziećmi za granicą i pół roku w szkole sióstr zakonnych w Warszawie. Wmawiał dzieciom, że świat wokół jest straszny i jak sami wyjdą to zostaną zamordowani. Straszył maluchy zamachami i śmiercią. Uczył chorej miłości tylko do siebie i swojej siostry wmawiając, że ich mama to potwór. Wyrodny ojciec został wytropiony i jest już w areszcie w Zielonej Górze. Dzieci wróciły z mamą do Kanady.

Wszystko zaczęło się w 2017 r. Andrzej Sz. okłamał wszystkich mówiąc, że musiał uciekać z dziećmi z Kanady, bo była żona chce zabrać jego dwóch synów i wyjechać na Kubę. W rzeczywistości to on został w Kanadzie skazany za przemoc wobec byłej żony, dlatego uciekł z Kanady do Polski. Już wtedy porwał swoich dwóch synów 9-letniego Andreasa i 8-letniego Diego. Ukrył się w domu, który wybudował w Drzonkowie, dzielnicy Zielonej Góry. Mówił, że to dom dla jego dzieci. Kiedy zielonogórski sąd nakazał oddać dzieci matce, 2 czerwca 2017 r. Andrzej Sz. zniknął uprowadzając synów. To było porwanie rodzicielskie, które zresztą zapowiadał.

Policja była bezradna. Dzieci szukała Itaka, Interpol oraz Krzysztof Rutkowski i nic. Było pewne, że dzieci są w ukryciu i nie wychodzą  na zewnątrz. Przebywają tylko z ojcem. Z mężczyzną nie było żadnego kontaktu. Udało się nam ustalić, że chłopcy nie byli zarejestrowani w żadnej szkole ani oddziale ZUS-u. Nie było też żadnego śladu po ich ewentualnych wizytach w przychodniach. Jakby nie istnieli. Andrzej Sz. nie używał swoich kart bankomatowych. Nie było więc śladów po logowaniach czy płatnościach. Było za to pewne, że ktoś musi mu pomagać.

Po niemal dwóch latach Andrzej Sz. został wytropiony w Warszawie. Dzieci znaleziono w jednej ze szkół prowadzonych przez siostry zakonne. 68-latek został zatrzymany przez warszawską policję. Dzieci przejęto i natychmiast przekazano matce. Od razu okazało się, przez jaki horror przeszli dwaj mali chłopcy. Nie chcieli mówić po angielsku. Bali się podjeść do zapłakanej na ich widok matki. Dlaczego? Jak ustaliliśmy, od dwóch lat ojciec wmawiał dzieciom, że matka jest potworem, który chce im zrobić krzywdę. Mało tego, Andrzej Sz. opowiadał synom, że świat na zewnątrz jest niebezpieczny.

Straszył małe dzieci śmiercią mówiąc, że jak wyjdą gdzieś sami to zostaną zamordowani. – To był emocjonalny terror w stosunku do dzieci, to nie miało nic wspólnego z miłością – mówi mecenas Anna Drobek z Zielonej Góry, pełnomocnik matki chłopców. Ojciec zastraszał małych chłopców zamachami terrorystycznymi pokazując ich skutki. Mówił synkom, że na zewnątrz bez ojca czeka ich taki sam los. – Okaleczał dzieci emocjonalnie strasząc śmiercią, a jednocześnie uczył nienawiści do matki i strachu przed nią ograbiając z prawdziwych uczuć – mówi mecenas Drobek. Swoje relacje budował tylko na miłości do siebie i swojej siostry wmawiając dzieciom przez strach przed otoczeniem. To miało zapewnić mu kontrolę nad synami.

W jaki sposób tak długo udawało mu się ukrywać? Ustaliliśmy, że przez niemal 1,5 roku był z synami za wschodnią granicą Polski. Potem na pół roku przyjechał do Warszawy. Tam dzieci trafiły do szkoły sióstr zakonnych pod zmienionymi imionami. Nieoficjalnie wiemy, że cały czas pomagała mu siostra, która była bardzo zaangażowana w odebranie dzieci matce. Ustaliliśmy również, że dom w Drzonkowie Andrzej Sz. darował już siostrze, a nie dzieciom, jak wcześniej mówił.  Andrzeja Sz. stać było na ukrywanie się z synami. W Kandzie pracował dla elektrowni atomowej i na koniec sprzedał swoją firmę. Cały czas dostaje również kanadyjską emeryturę.

Strach dzieci przed matką był tylko chwilowy. Synowie rzucili się w objęcia swojej mamy. – To było nie do opisania móc przytulić synków – mówi Yaquelin Tamayo. Mama z dziećmi w Polsce została otoczona troskliwą opieką pracowników ambasady Kanady. Wszyscy są już w Kanadzie. Andrzej Sz. za kratami. Zielonogórski sąd aresztował go tymczasowo. Odpowie za porwanie dzieci.