Strona główna Zielona Góra Lubuskie. Są ich tysiące i stale przybywa, to już poważny i kontrowersyjny...

Lubuskie. Są ich tysiące i stale przybywa, to już poważny i kontrowersyjny problem

Szop pracz wydaje się sympatyczny, ale jest niebezpieczny, a przy tym sprytny. Mieszka tuż obok nas i staje się poważnym wyzwaniem. Należy do inwazyjnych gatunków obcych. W nasze strony dostał się przez zieloną granicę z Niemiec. Choć łowczy starają się ograniczać jego populację, namnaża się w postępie geometrycznym. Roznosi choroby, wyjada jaja ptaków, wchodzi do naszych domów.

– Może podnieść dachówkę i wejść do środka. W Niemczech zrobiła się afera, bo komuś splądrował kuchnię i wypił piwo… – ciął dowcipem Leszek Jerzak, profesor Uniwersytetu Zielonogórskiego. To trudny temat, o którym trzeba rozmawiać

Lubuskie. Problem z szopem praczem

Problem jest jednak najzupełniej poważny. – Na terenie dawnego woj. zielonogórskiego ledwie cztery lata temu myśliwi eliminowali 920 inwazyjnych zwierzaków, rok później już 2,5 tys., następnie 4,5 tys., aż w minionym roku doszliśmy do 7 tys. sztuk. W całym woj. lubuskim na pewno przekraczamy ostatnio 10 tys. Jeśli jednak popatrzymy na to, co dzieje się za zachodnią granicą, w landach Brandenburgii i Saksonii niemieckie służby i myśliwi w każdy dozwolony prawnie sposób eliminują rocznie 50-55 tys. szopów. Oto, przed jakim wyzwaniem stoimy – uświadamia Jacek Banaszek, łowczy okręgowy PZŁ w Zielonej Górze.

O inwazyjnych gatunkach zwierząt i roślin we wtorek, 17 czerwca w Palmiarni rozmawiali uczestnicy Konferencji i debaty „Flora i fauna bez granic. Jak inwazyjne gatunki zmieniają ekosystem?”, zorganizowanej przez Biuro Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Zielona Góra oraz Zrzeszenie Gmin Województwa Lubuskiego (którego nasze miasto jest członkiem) w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Ochrony Środowiska.

Szop pracz to temat trudny i kontrowersyjny

– Temat trudny i kontrowersyjny, ale musimy takie podejmować, by wypracowywać kierunki radzenia sobie z problemami – przywitał gości konferencji Paweł Tonder, wiceprezydent Zielonej Góry. A problemy dotyczą m.in. kosztów oraz uświadamiania ludzi. – Wszyscy powinni wiedzieć, jak niebezpieczne rośliny i zwierzęta nas otaczają i dlaczego musimy podejmować działania, aby niektóre gatunki ograniczać. Czasami stają się one niebezpieczne np. dla rolnictwa czy ogólnie całej gospodarki – wyjaśniał Leszek Jerzak. W Europie nie ma naturalnych ekosystemów. – Dlatego trzeba pomagać przyrodzie, poprzedzając to spokojną rozmową i wypracowywaniem fachowych strategii – mówił L. Jerzak. 

Sami sobie tworzymy problemy

Przykłady ze świata flory? Silnie toksyczny barszcz Sosnowskiego, sprowadzony z Kaukazu, nawłoć kanadyjska. – Istnieją rośliny tworzące całe płaty, niszczące inne gatunki i tworzące monokultury. Nikogo nie chcę obwiniać, niemniej to fakt, że do sprowadzenia niektórych z nich przyczynili się pszczelarze – wytknął profesor z Instytutu Nauk Biologicznych UZ.

W świecie zwierząt? Pochodząca z Afryki gęsiówka egipska, bardzo agresywna, wyrzuca z gniazd pisklęta innych ptaków, roznosi patogeny; nutria, niszcząca rośliny, wały przeciwpowodziowe, żółwie ozdobne, które wpuszczane do naturalnych akwenów przez ludzi wypierają nasze żółwie błotne; piżmak, norka amerykańska, rak pręgowany, który do Europy trafił przez okolice Gorzowa, jest odporny na zanieczyszczenia wody, spacyfikował nasze raki szlachetne.

Kogo stać na utrzymanie szopa?

Konferencję mocno zdominował jednak wspomniany już szop pracz. – Niby sympatyczny, ale trzeba sobie powiedzieć, że jest sprytny i niebezpieczny, na nasze choroby odporny, a przynosi obce patogeny – wylicza Leszek Jerzak. – Gminy nie bardzo czują, że nadciąga katastrofa, ponieważ ustawa zobowiązuje je do działań zaradczych. Trzeba np. wynająć firmę, żeby złapać szopa, następnie uśpić, zutylizować. A to jest koszt kilku tysięcy złotych. Proszę to sobie przemnożyć, jeśli np. mała gmina złapie 100 szopów – poddawał pod rozwagę znawca świata zwierząt i roślin.

– Szopy nie mają w naszym otoczeniu naturalnych wrogów. Mają za to dostatek pożywienia i wysoką plenność. Są oportunistami, dostosowują się do czasu, miejsca. Jeśli są dostępne jajka, żerują na jajkach, jeśli są dostępne pisklęta, żerują na pisklętach, dalej – na rybach, które wyławiają na płytkich wodach, skorupiakach, małżach, płazach, gadach, a jak tego wszystkiego nie ma, to są owoce i warzywa – opowiada Jacek Banaszek. 

Łowczy zwraca też uwagę na koszty. Na pewno znajdą się bowiem przeciwnicy uśmiercania szopów, ale… – Złapanie i utrzymanie jednego z nich kosztuje 5-6 tysięcy złotych rocznie. Jeśli założymy np. 10 tysięcy sztuk w systemie klatkowym, pod nadzorem inspekcji weterynaryjnej kastrowanych, sterylizowanych, z dostarczanym jedzeniem, bo tak mówi prawo, dodawszy, że może przeżyć 20 lat, to zobaczy pan, jaka kwota wychodzi i czy nas stać na to…

mat UM Zielona Góra