Wybuchu paczki w Siecieborzycach. Stan Uli i jej dzieci bez zmian. Domu pilnuje policja

Ula i jej dzieci ranne w wybuchu bomby w Siecieborzycach leżą w zielonogórskim szpitalu.

Nauczycielka Ula oraz jej dzieci,  2,5-letni Bartosz i jego 7-letnia siostrzyczka Ola cały czas są w zielonogórskim szpitalu. Ich stan jest stabilny i nie uległ pogorszeniu. Cały czas nie wiadomo, kto podłożył bombę pod dom w Siecieborzycach. Śledczy nadal nikogo nie zatrzymali, a domu pilnuje policja.

Ula przed wigilią przeszła operację oka w szpitalu w Zielonej Górze. Okuliści wyciągali jej z oczu metalowe odłamki bomby. Nadal nie wiadomo, czy uda się uratować wzrok kobiety. Wiadomo, że Ula stracił dłoń. Rozerwał ją wybuch bomby w paczce podłożonej pod dom w poniedziałek, 19 grudnia.

--- Czytaj dalej pod reklamą ---

Wybuch potwornie ranił w rękę 7-letnią Olę. Ręka została rozerwana i połamana. Lekarze robią co mogą, żeby uratować rękę dziewczynki.

Wybuch w Siecieborzycach. Nikt nie został zatrzymany

Metalowe odłamki siła wybuchu powbijała w ciała Uli, jej córki oraz 2,5-letniego synka Bartosza. Wszyscy w dniu zdarzenia był operowani. Ula kilka godzin leżała na stole operacyjnym. Podobnie Ola. Ranna Ula i je dzieci są w szpitalu pilnowane przez policję.

Dzieci zostały wybudzone ze śpiączki farmakologicznej. Stan wszystkich rannych osób jest stabilny. – Stan zdrowia rannych osób nie pogorszył się – mówi prokurator Ewa Antonowicz, rzeczniczka zielonogórskiej prokuratury okręgowej.

W Siecieborzycach ludzie zastanawiają się kto stoi za okropnym zamachem na rodzinę. Policja i prokuratura cały czas pracują nad zamachem. Śledczy nie zdradzają żadnych szczegółów dotyczących poszukiwania sprawcy. – Nie została zatrzymana jeszcze żadna osoba w związku z wybuchem w Siecieborzycach – mówi prokurator Antonowicz.

Sprawca mógł wjechać do lasu w okolicach domu. Polem przeniósł paczkę zostawiając ją na schodach domu w poniedziałek z samego rana. Do lasu miał po śladach doprowadzić policyjny pies.

Dom w Siecieborzycach jest na okrągło pilnowany przez policję. Potwierdza to prokurator Antonowicz.