Morderca chciał ułaskawienia. Odciął żonie głowę, a to co mówił, było absurdalne

122
4 min czytania

Jacek L., sadysta i bezduszny kat skazany na dożywocie za okrutne zabójstwo żony w domu w Płotach koło Zielonej Góry wystąpił do sądu z wnioskiem o ułaskawienie. Zielonogórski sąd okręgowy nie miał żadnych wątpliwości. Morderca zostanie za kratami.

Zupełnie niespodziewanie Jacek L. wystąpił do sądu o ułaskawienie. Czym to motywował? Po pierwsze tym razem przed sądem chętnie mówił. Podczas całego procesu milczał. Jacek L. absurdalnie wyjaśniał, że syn uciekł nie udzielając pomocy matce. W rzeczywistości nastolatek uciekł przed ojcem, który wpadł w szał. Chłopak w dodatku widział jak pijany sadysta morduje jego matkę. Swoje ułaskawienie motywował również tym, że… zapisał synowi dom, w którym zamordował mamę chłopca. Ponownie opowiadał o tym, że ofiara dosypywała mu jakichś tabletek do jedzenia. To oczywiście bajka wymyślona przez mordercę na potrzeby procesu.

Sędzia zielonogórskiego sądu okręgowego Ewa Kaczmarek-Kot nie miała żadnych wątpliwości. Jacek L. zostaje za kratami. Nie ma mowy o ułaskawieniu bezdusznego mordercy.

Do brutalnego zabójstwa doszło 25 maja 2015 r. w Płotach koło Zielonej Góry. Policję wezwał 17-letni syn ofiary, który uciekł z mieszkania wyskakując przez okno. Prawdopodobnie ucieczka uratowała chłopcu życie. Kiedy wezwani policjanci weszli do domu w Płotach, morderca siedział na łóżku, a jego żona leżała w kałuży krwi na podłodze obok niego. To był okropny widok. Mąż zadał żonie około 30 ciosów nożem. Odciął jej głowę.

Wyrok dożywocia dla mordercy zapadł 17 maja ub.r. przed zielonogórskim sądem okręgowym. Dodatkowo sąd zaostrzył karę. Jacek L. będzie mógł ubiegać się o wyjście z więzienia dopiero po 40 latach odsiadki. Oznacza to, że opuści więzienie najwcześniej mając niemal 80 lat. Od początku wiadomo, że Jacek L. panicznie boi się więzienia. Chciał złagodzenia wyroku. W dniu 6 grudnia ub.r, poznański sąd apelacyjny utrzymał w całości mocy wyrok dożywocia dla Jacka L.

Proces obnażył piekło, jakie Jacek L. urządził swojej rodzinie. Kobieta była bita i zastraszona. To, co mówili świadkowie brzmiało jak horror. Jego żona, drobna kobieta do perfekcji opanowała mechanizm ucieczki z domu przed szaleńcem. W kilka minut pakowała siebie, syna i uciekali z domu, przez okno. Żyła w ciągłym strachu do tego stopnia, że niezbędne rzeczy miała cały czas przygotowane do ucieczki.

Sąd wydając wyrok dożywocia w pełni zgodził się z prokurator Małgorzatą Żok, z zielonogórskiej prokuratury okręgowej. – W dniu morderstwa zobaczyłam zadbany dom, wypielęgnowany ogródek, resztki kolacji na stole, jajecznicę, zwierzę, ale leżał też kawałek ucha, wszędzie były plamy, rozbryzgi krwi, koło drzwi leżał trup – mówiła podczas procesu prokurator Żok. Dodała, że to nie była jej pierwsza krew, ale to co zobaczyła w domu w Płotach budzi w niej silne emocje. Prokurator w mowie końcowej podkreśliła, że cieszy się z tego, że jest wyraz „oskarżony”. – Bo jak inaczej nazywać Jacka L.? Bestia, zwierzę? Nie, bo obraziłabym zwierzęta – mówiła prokurator Żok.

Kiedy sędzia Ewa Kaczmarek-Kot ogłaszała wyrok, Jacek L. słuchał bez żadnych emocji na twarzy, która przez cały proces była zimna. To osoba pozbawiona uczuć wyższych. Sędzia Kaczmarek-Kot dodała, że oskarżony Jacek L. nawet słuchając zeznań swojego syna, nie był w stanie powiedzieć „przepraszam”. – Nie zasłużył na to, żeby być w tym społeczeństwie – mówiła sędzia Kaczmarek-Kot.