Strona główna Zielona Góra Zielona Góra. Pani Władzia od 60 lat goli, strzyże, modeluje i nie ma dosyć

Zielona Góra. Pani Władzia od 60 lat goli, strzyże, modeluje i nie ma dosyć

– Mężczyźni o wiele bardziej dbają dziś o swój wygląd. Gdy zaczynałam pracę, pan chciał wyjść po prostu schludnie ostrzyżony. Dominowały dwa hasła: na kancik i na jeżyka. Na całe miasto wystarczało 10-12 zakładów fryzjerskich. Ile jest dziś? Myślę, że grubo ponad 400.

Władysława Hernik do zakładu przychodzi zwykle godzinę przed przyjęciem pierwszego umówionego klienta. Zapisy na konkretne godziny, podobnie jak pojawienie się bezprzewodowych maszynek czy zmierzch brzytew to ledwie fragment zmian, jakie przeżyła w swoim fachu.

Entuzjazm do pracy, spotkań i pogaduszek z klientami pozostał ten sam. I jeszcze jeden ważny szczegół. Od blisko 50 używa tych samych nożyczek. – Pamiętam, jak dziś. Kupione w 1978 roku w zielonogórskim Peweksie za 58 dolarów. To był wtedy majątek. Kiedy jednak wzięłam je do ręki, wiedziałam, że muszą być moje – opowiada.

Chciałam być pielęgniarką

Obrazki z dzieciństwa: malownicza wieś Wysoka w powiecie międzyrzeckim, z trzech stron oblana wodami jeziora Paklicko Małe. Stamtąd rodzice wyprowadzili się do Szczańca.

W 1966 roku skończyła szkołę podstawową i pojechała na egzaminy do wymarzonej szkoły pielęgniarskiej w Gorzowie. Nie powiodło się. Zamierzała ponowić próbę. Przez kilka miesięcy przygotowywała się do kolejnego podejścia. Aż jedna z sióstr zasugerowała: – Może zostaniesz fryzjerką. Pierwszy odruch: „Miałabym całe życie zajmować się cudzymi włosami. Nigdy!”. Kilka tygodni później odwiedziła jednak zakład przy ul. Głogowskiej w Świebodzinie. Mistrza Siedleckiego zapytała, czy przyjąłby ją na staż.

Przez trzy lata od siódmej rano do dziewiętnastej uczyła się fachu. Zaczynała dzień od ogolenia właściciela salonu. Gdy nabrała wprawy, pod jego okiem goliła klientów. Nie palili się do tego. I nawet nie chodziło o to, że bali się podstawić gardło praktykantce. – Przywykli, że fryzjer i golibroda to męski fach. Nie pasowało im, że miałaby to robić kobieta. Szybko jednak przełamaliśmy lody. Gdy mój nauczyciel przyjął drugą praktykantkę, panowie przychodzili już tylko do nas i nie chcieli, żeby zajmował się nimi facet.

Komplecik za 9 zł

Umiała już ostrzyć i biegle posługiwać się brzytwą. Przyszła pora na grzebień i nożyczki. Nie dość, że bardzo to polubiła, to miała rękę do fryzjerskiej profesji. – Nie wyobrażam sobie dziś innego zajęcia, a przez wszystkie lata pracy ani nie żałowałam, że poszłam w tym kierunku, ani nie próbowałem tego zmienić. Był wszakże okres, że obowiązki w salonie godziła z pracą nauczycielki przedmiotów zawodowych w szkole branżowej.

Ile kosztowało strzyżenie, gdy zaczynała pracę? – Oj, tego chyba nigdy nie zapomnę: 4 zł golenie, 5 zł strzyżenie, a w poniedziałki klienci najczęściej prosili o komplecik za 9 zł.

Kolejka ustawiała się aż na dworze

W 1970 roku dwie siostry mieszkały już w Zielonej Górze. I ściągnęły Władzię do siebie. Większe miasto kusiło, z posadą nie było problemów. Miała już fach w ręku, uprawnienia i szkołę zawodową.

Trafiła do pracy w spółdzielni. Chociaż początkującą często delegowano na zastępstwa w różnych zakładach, to od początku głównym miejscem pracy był salon przy ul. Bohaterów Westerplatte, dziś powiedzielibyśmy, że vis a vis pubu Szwejk.

Na dwie zmiany w przestronnym lokalu pracowało wówczas 10 etatowych fryzjerów. Spółdzielnia wynagradzała ich w formie akordu – 35 proc. od obrotu. Praca szła więc wartko, w o wiele wyższym tempie niż dziś. Zakład specjalizował się we fryzjerstwie męskim, a panowie z reguły nie mieli jeszcze wtedy nietuzinkowych wymagań. W godzinę dało się obsłużyć kilku klientów, którzy czasami stali w kolejce aż na dworze, by ktoś zrobił porządek z ich włosami.

Mistrzyni

Władzia skończyła nie tylko szkołę zawodową, ale później także technikum i kursy pedagogiczne. Reprezentowała swoją spółdzielnię na zawodach wojewódzkich. Z nich przedostawała się do finałów ogólnopolskich, a tam szło jej na tyle dobrze, że kilka razy jako fryzjerska elita z Polski startowała na międzynarodowych mistrzostwach fryzjerów.

Podążała za zmieniającymi się modami m.in. dzięki częstym szkoleniom. – W początkowych latach pracy w Zielonej Górze nie miałam jeszcze rodziny, a spółdzielnia otwierała drogi do doskonalenia zawodowego. Korzystałam. Jeździłam na zajęcia do Krakowa. Uczyłam się modelingu. Później przekazywałam wiedzę współpracowniczkom i współpracownikom.

Zaczęła też kształcić adeptów fryzjerskiego fachu. – Wymagałam respektu i poważnego podejścia do nauki, ale kontakt z uczniami miałam pierwszorzędny, zwierzali się bardziej niż rodzicom. Wykształciłam kilkadziesiąt fryzjerek i fryzjerów. Bywało, że już po pierwszym spotkaniu wiedziałam, czy ktoś ma predyspozycje do strzyżenia.

AIDS wykończył golenie, a upadek komunizmu spółdzielnię

Brzytwa, przyrząd od którego w Świebodzinie zaczynała naukę fachu, przeszła do lamusa. Mężczyźni przestali golić się w publicznych zakładach. Z jednej strony dlatego, że głośno zrobiło się o AIDS, z drugiej producenci dostarczali coraz bardziej efektywne i wygodne maszynki do ścinania zarostu w domu. Fryzjerzy odstawili kablowe urządzenia do podgalania końcówek. Przestali na zakończenie zabiegów skrapiać panów rozrzedzoną wodą brzozową. Nauczyli się coraz bardziej fantazyjnych fryzur, korzystając np. ze zdjęć, które przynosili klienci, życząc sobie, żeby wyglądać np. jak David Beckham.

Strzyżenie z 5 zł w wielu miejscach, acz nie u pani Władzi, podrożało blisko dwudziestokrotnie. Nie zmieniło się jednak to, że nożyczki i grzebień pozostały podstawowymi narzędziami w jej rękach.

Miejsce pracy też w zasadzie pozostało to samo. Spółdzielnia nie wytrzymała wprawdzie zderzenia z przeobrażeniami gospodarczymi z początku lat 90 ub. wieku. Już wcześniej zresztą zmieniały się formuły współpracy i rozliczeń. Aż nastał czas, aby wziąć swój los w swoje ręce.

W okrojonym o ponad połowę salonie przy Bohaterów Westerplatte zielonogórska fryzjerka dziś prowadzi własną działalność gospodarczą, dzieląc godziny pracy i koszty utrzymania lokalu z innym fryzjerem. Nie chce jeszcze rozstawać się z zawodem.

Wieczorem strzygłam, rano urodziłam

2 lipca br. minie 60 lat, odkąd zajęła się fryzjerstwem. Włosy Zielonogórzan strzyże od lat 57. Nawet, gdy była w ciąży, do ostatniego dnia zajmowała się klientami. – Było tak, że o godz. 21 zamknęłam salon, a nazajutrz o godz. 10:45 już miałam córeczkę – wspomina.

Do pracy wróciła po zaledwie dwóch miesiącach przerwy macierzyńskiej. – Po prostu to lubię – uzasadnia. Przez 60 lat nie nabawiła się żadnych żylaków ani urazów. Szyja, od nieustannego patrzenia w dół, przez kilka lat dokuczała, ale przeszło. – Widać musiała się przyzwyczaić – śmieje się fryzjerka.

Sekret dobrej formy? Uprawia sport, gimnastykuje się? – A skąd! nawet na rowerze nie lubię jeździć.

Liczymy do 100 tysięcy?

Mąż, lekarz, także pracujący emeryt, a jeśli chodzi o włosy, to jeden z wielu w mieście stałych klientów swojej żony. Kilka razy namawiał, żeby już dała sobie spokój. Bezskutecznie. Ile strzyżeń mogła przeprowadzić przez wszystkie lata swojej pracy? –  Nigdy nie starałam się zliczyć i nawet nie chcę sobie wyobrażać  – odpowiada.

A jednak próbujmy. – Dziennie mogłam mieć 10-15 klientów – określa. Ostrożnie przyjmujemy zatem średnią 12. Odejmując urlopy, święta, drobne przerwy chorobowe, otrzymujemy 230-240 dni w roku, znów wybieramy średnią – 235. Teraz wystarczy to wszystko przemnożyć przez 30 lat, odjąć dwa miesiące macierzyńskiego i wychodzi w przybliżeniu 84 tysiące strzyżeń. Co pozostaje życzyć? Do 100 tysięcy razy, pani Władziu!

mat UM Zielona Góra