Zamordował kolegę młotem ciesielskim. Zrzuca to na padaczkę (ZDJĘCIA, RELACJA Z SĄDU)

72
Podczas śledztwa okazało się, że Mirosław S. kłamał. Był w domu, a nie w lesie. Wtedy od razu zmienił wersję wydarzeń
3 min czytania

Czesław został zatłuczony motem ciesielskim zaraz po tym jak tylko wziął z banku sporą pożyczkę gotówkową. Zmasakrował go kolega Mirosław S. Oskarżony o morderstwo mężczyzna w czwartek, 1 lutego, przed sądem wszystko zrzucił na padaczkę. Kłamał podczas zeznań, bo jak mówi, bał się, że… wina spadnie na niego. Przed trzema laty, w tym  samym domu również znaleziono ciało mężczyzny. Nikt wtedy nie oskarżył Mirosława S.

Mirosław S. i Czesław znali się od dawna. Od pewnego czasu mieszkali razem w domu Mirosława w małym Klikowie koło Żagania. Żona wyrzuciła Czesława z domu i musiał się gdzieś podziać. Zajął jeden pokój w domu kolegi. Dokładał do czynszu. Był na górniczej emeryturze. W grudniu, przed świętami 2015 r. mężczyźni pili alkohol. Dołączył do nich jeszcze Mirosław K. Było za co świętować. Czesław właśnie dostał sporą pożyczkę z banku. Mężczyźni rozeszli się.

Kilka godzi później Mirosław S. zadzwonił na pogotowie. Był zdenerwowany Dyspozytorowi powiedział, że jego kolega leży na tapczanie, a z głowy bardzo mocno leci mu krew. Kiedy na miejsce dojechali policjanci, zastali charczącego Czesława. Miał zmasakrowaną głowę. Krew z ran tryskała na  ściany. – Oskarżony nieudolnie próbował udzielić pomocy mężczyźnie uciskając ranę na głowie – mówił jeden z policjantów. Czesław umierał.

Już na miejscu zbrodni Mirosław zrzucał winę na inne osoby. Mówił, że był w lesie i kiedy wrócił do domu zobaczył zakrwawionego Czesława. Twierdził, że zabił go ktoś pod jego nieobecność.

Policjanci bardzo szybko znaleźli narzędzie zbrodni. To ogromny młot ciesielski. Mirosław wrzucił go do wiadra z wodą i wapnem.Tak próbował zacierać ślady okrutnej zbrodni. Został zatrzymany na miejscu zdarzenia.

Podczas śledztwa okazało się, że Mirosław S. kłamał. Był w domu, a nie w lesie. Wtedy od razu zmienił wersję wydarzeń. Powiedział, że spał w swoim pokoju i niczego nie słyszał. – Bałem się, że wina i tak spadnie na mnie więc kłamałem, nie miałem żadnej linii obrony – wyjaśniał oskarżony. Wtedy też powiedział, że choruje na padaczkę i podczas napadów jest zdolny zrobić krzywdę. – Może podczas napadu uderzyłem go w głowę drewnianym kołkiem. Niczego nie pamiętam  – zeznawał przed sądem. Nie przyznaje się do winny. Zapewnia, że nie wziął pieniędzy od ofiary i nawet ich nie widział.

Trzy lata wcześniej policja również była w domu Mirosława. Wtedy został tam znaleziony martwy mężczyzna. Leżał w kałuży krwi. Śledztwo jednak wtedy nie zostało wszczęte. Nie wyjaśniano przyczyny śmierci tego mężczyzny. Jak ustaliliśmy, on również miał śmiertelne rany głowy.