Strona główna Wiadomości Zielona Góra. To warto przeczytać. Jak młody dyrygent i niezłomne seniorki odbudowali chór...

Zielona Góra. To warto przeczytać. Jak młody dyrygent i niezłomne seniorki odbudowali chór „Moderato”

– Śpiewamy, bo lubimy. A czy powinniśmy, to już zupełnie inna sprawa – śmieje się Teresa Tropak, solistka chóru „Moderato”. Co tydzień 40 pasjonatek i pasjonatów spotyka się w sali, w której już ledwie się mieszczą. Przez półtorej godziny szlifują ambitny repertuar, z którym raz na kilka miesięcy występują na scenie. Artystyczne marzenie? Nagrać i wydać wiązankę pieśni o Zielonej Górze.

Okazjonalne koncerty czy nieśmiałe myśli o uwiecznieniu głosów na płycie są w tej opowieści ledwie dodatkiem do tego, co daje satysfakcję, ładuje dobrą energią, odstresowuje i zacieśnia przyjazne więzi.

Po próbie aż chce się żyć 

– Chociaż każdy z nas ma swoje troski i zmartwienia, z prób wychodzimy jako bez mała inni ludzie. Najprościej mówiąc, śpiew nas raduje. Dlatego dodatkowo spotykamy się jeszcze w podgrupach, u kogoś w domu czy na działce i oczywiście śpiewamy. Gdy sami organizujemy sobie wyjazd na kilkudniowe warsztaty wokalne, w drodze cały pociąg słucha naszych pieśni – opowiada Joanna Lorens, kierowniczka zespołu.

Pochodzi z centralnej Polski. Sopran i pasję dostała w genach po mamie, solistce chóru. Jako młoda dziewczyna próbowała zrobić karierę. Startowała w przesłuchaniach do odbywającego się w Zielonej Górze Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Odpadła na ostatnim etapie eliminacji.

Przez wiele lat śpiewała tylko towarzysko lub w rodzinnym gronie. Wykształciła się w dziedzinie chemii. I do Zielonej Góry przyjechała już po studiach. Nie na festiwal, lecz do pracy w PGNiG. Z nastawieniem „nie zostanę tu dłużej niż dwa lata”. Pokochała jednak nasze miasto. – Bez porównania ładniejsze niż Radom, w którym za nic w świecie nie chciałam zostać – uzasadnia. 

Nasz dyrygent jest kochany

Przypadkiem od koleżanki dowiedziała się, że przy Zielonogórskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku amatorzy śpiewania spotykają się na próbach. Dołączyła, choć jeszcze wówczas pracowała na etacie. – Byłam wtedy juniorką w blisko 50-osobowym składzie – wspomina.

Historia chóru dopiero nabierała rozpędu. Janina Nowak założyła zespół w 1999 roku. Pałeczkę dyrygenta przejął od niej kompozytor Daniel Grupa, który po dwóch latach przekazał ją swojemu ojcu Bernardowi. Ten oddał zespołowi serce, pasję i kawał życia. Członkowie „Moderato” do dziś nie potrafią pogodzić się z jego odejściem.  

Właśnie dlatego pandemia i wiążąca się z nią śmierć dyrygenta nieomal zamknęły historię chóru. W apogeum kryzysu z licznego niegdyś składu została garstka. Na próby przychodziło po 12 najwierniejszych zapaleńców.

Teresa Tropak, alt, z zawodu matematyczka, która do Zielonej Góry sprowadziła się z Ośna Lubuskiego: – Wszystkie płakałyśmy po Benku, ale żal wywoływała też świadomość, że całe przedsięwzięcie zmierza ku upadkowi. Dlatego wspólnie z Jolą postanowiłyśmy ratować sytuację. Ona jako szefowa, ja skarbniczka najróżniejszymi drogami próbowałyśmy znaleźć nowego dyrygenta, aż dostałyśmy namiar na Jakuba Gościniaka. 

Dostrzegłem determinację

Propozycja padła na podatny grunt. – Pandemia była dla artystów trudnym czasem, momentami wręcz dramatycznym. Szukałem pracy, by przetrwać – wspomina 33-letni pianista. – Wprawdzie chóralistyka nie należy do głównego nurtu mojej działalności muzycznej, ale na pierwszych studiach poświęcaliśmy jej sporo pracy i uwagi.

Gościniak zgodził się na współpracę z „Moderato” nie tylko z braku zajęć. – Dostrzegłem u pań determinację. Od razu z grubsza wiedziałem, w co wchodzę. Im zależało na czymś o wiele ważniejszym niż pomysł na spędzanie wolnego czasu – komentuje.

Pod batutą nowego prowadzącego chór odżył. Frekwencja na próbach sukcesywnie rosła. Dziś regularnie stawia się po 40 osób. – A nasz dyrygent okazał się kochany. Daje nam tyle miłości do muzyki, pięknie przeprowadza przez najtrudniejsze wyzwania, nawet do domu zaprasza – zachwalają kierowniczka i skarbniczka „Moderato”.

Nikt nie chce, żeby było łatwo

Niemcy, Litwa, Ukraina; Filharmonia Zielonogórska, Planetarium Wenus, sala im. Janusza Koniusza w Bibliotece Norwida, gościnne występy w Gorzowie; rynki miast, parki, aule… Dałoby się wbić sporo pinezek na mapie występów chóru działającego przy ZUTW. Wypełniał widownię i zbierał owacje, mimo że – jak podkreślają śpiewaczki – są pełnymi amatorkami. W całym składzie tylko dwie osoby czytają nuty. Najmłodsi w tym gronie mają 63 lata, najstarsi 83.

Nie próbują jednak iść na łatwiznę. Nie sięgają po biesiadne pieśni. Nawet w kameralnym gronie śpiewają z podziałem na głosy, a ich czerwcowy występ pt. „Śpiewamy Krawczyka” tylko z pozoru stanowił lżejsze wyzwanie dla solistów Jolanty Lorens, Teresy Tropak, Danuty Kłos, Marzeny Jachimowicz, Brygidy Szymańskiej-Żyży, Marii Kaczmarek, Iwony Buczackiej, Zygmunta Szymka, Jana Majdańskiego, Henryka Ratajczaka i Mariana Wygody oraz reszty chórzystów. – Krawczyka miło się słucha, ale wyciąganie wszystkich niuansów wymaga ćwiczeń – wyjaśniają.

Ilość przekuliśmy w jakość

Zapału do pracy nad repertuarem w „Moderato” jednak nie brakuje. Tym mocniej członkowie doceniają poświęcenie, którym rewanżuje się dyrygent. – Inne podejście nie miałoby sensu. Nigdy nie poznałem Bernarda Grupy, który opiekował się chórem ZUTW przez wiele lat, ale dzięki opowieściom czuję się tak, jakbym znał go całe życie i wiem, że wysoko zawiesił mi poprzeczkę – przyznaje Jakub Gościniak.

Dobrą i niecierpliwie wyczekiwaną tradycją stało się, że w wakacje dyrygent zaprasza wszystkie śpiewaczki i śpiewaków trzeciego wieku na integrację w przydomowym ogrodzie. 

– Właśnie pożyczam deski od sąsiadów, by zrobić z nich stoły dla naszej licznej gromady. A przecież zaczynaliśmy w ledwie 12-osobowym składzie. Zadawałem sobie wtedy pytanie, co będzie miarą sukcesu naszej pracy: ilość czy jakość? Musieliśmy zacząć od tego pierwszego czynnika. Później, gdy odbudowaliśmy frekwencję, z relacji mistrz – uczeń (może w tym wypadku nieco zbyt szumnie określonej) rodziło się niekłamane obustronne zaangażowanie. Wraz z tym rozwijaliśmy się, występując z coraz lepszymi efektami – ocenia dyrygent. – Oczywiście, chciałoby się ćwiczyć i udoskonalać częściej, najlepiej dwa razy dziennie, ale i bez tego nasza współpraca dowodzi czegoś, co może nie jest specjalnie odkrywcze, ale za to prawdziwe: jak ktoś bardzo chce, to się nauczy.

mat UM Zielona Góra