Napadli na właściciela kantoru w Lubsku. Uderzali młotkiem w głowę. Po gotówce nie ma śladu (ZDJĘCIA)

55
Wszystko wydarzyło się 18 stycznia ub.r. Oskarżeni zaczaili się na właścicieli kantoru pod ich domem w Lubsku.

Bandyci w kominiarkach, uzbrojeni w młotki i gaz rzucili się na właściciela kantoru w Lubsku. Młotkiem rozbili głowę ofiary. Pobili też żonę kantorowca. Ukradli 350 tys. zł. Proces trwa. Pieniędzy nie ma i… nikt ich nie widział. W piątek 28 kwietnia biegły lekarz potwierdził, że rana na głowie właściciela kantoru została zadana młotkiem.

41-letni Tomasz K., 28-letni Daniel R. oraz 45-letni Krzysztof S. do sądu przyjechali z aresztu. Za kratami są od stycznia ub.r, kiedy zostali aresztowani. 24-letni Dawid K., który po napadzie wiózł samochodem Daniela R., odpowiada z wolnej stopy.

W czwartek 28 kwietnia przed sądem został przesłuchany biegły, który wydał opinię do sprawy. Sąd dopytywał o to, czy rana na głowie właściciela kantoru mogła zostać zadana młotkiem. Biegły to potwierdził. Dodał również, że uderzenie młotkiem w głowę zagrażało życiu ofiary oraz sprawiło silny ból.

Obrońca Tomasza K. pytał biegłego o obrażenia, których doznał jego klient. Został on potrącony przez właściciela kantoru, który gonił bandytów. Doznał złamania kości przedramienia z przemieszczeniem. Miał również być dializowany. Jak zapewniał oskarżony, został przejechany na wysokości brzucha przez samochód ważący około 1,5 tony. Biegły przyznał, że nie widział dokumentacji medycznej dotyczącej obrażeń oskarżonego. Dodał również, że gdyby został przejechany na wysokości brzucha przez takie ciężkie auto, to jego obrażenia byłyby znacznie cięższe.

Paweł Jurewicz, sędzia zielonogórskiego sądu okręgowego, przerwał jednak ten wątek informując, że to nie Daniel R. jest poszkodowanym.

Zeznawał również wezwany świadek, kolega Krzysztofa S. Poznali się w celi aresztu w Nowej Soli. Miał wiedzieć coś o zrabowanych pieniądzach. Niczego takiego jednak nie potwierdził. Nie widział kuferka z pieniędzmi, ani nawet o nim nie słyszał. Przesłuchano również oskarżonego Dawida K. To on pojechał samochodem po jednego z uczestników napadu. Niczego sensacyjnego oczywiście nie powiedział.

Obrońcy oskarżonych chcą przesłuchania jeszcze jednego świadka. Może to być jednak trudne. Jest poszukiwany listem gończym. Może on mieć wiedzę na temat zrabowanych pieniędzy.

W czwartek sąd przedłużył areszty dla oskarżonych o napad na właściciela kantoru.

Wszystko wydarzyło się 18 stycznia ub.r. Oskarżeni zaczaili się na właścicieli kantoru pod ich domem w Lubsku. Zaatakowali kiedy Alfred S. wysiadł z auta. Dotkliwie pobili mężczyznę. – Strzelali do mnie ze srebrnego pistoletu, pryskali gazem, kopali, okładali pięściami – opowiadała przed sądem ofiara napadu.

Kiedy zorientowali się, że torba z gotówką jest w aucie, jeden z bandytów pobiegł do stojącego przed garażem volkswagena. Żona kantorowca broniła się. Bandyta zadał je cios młotkiem. Bił też kobietę w twarz pięścią. W końcu za włosy wyciągnął ją z auta i zabrał torbę z pieniędzmi. Bandyci uciekli. To jednak nie był koniec.

Sładki pobiegł za bandytami. W pogoń ruszyła też jego żona. Zauważyli bandytę wiszącego na płocie posesji w okolicy ul. Działkowej. Tam żona kantorowca raziła mężczyznę paralizatorem. Bandytę chwycił A. Sładki i wtedy dostał cios młotkiem w głowę. Bandyci przeciągnęli kompana przez płot i uciekli. A. Sładki pobiegł do swojego auta.

Na drodze zauważył bandytów. Dwaj podtrzymywali pod ręce trzeciego w środku. Mężczyzna mówił, że najprawdopodobniej wpadł w poślizg i potrącił bandytę. Po chwili pojechał na policję. Na miejsce napadu zjechały się radiowozy. Pan Alfred trafił do szpitala. Miał dziurę w głowie.

Przed zielonogórskim sądem wszyscy przyznali się do napadu. I to tyle. Zgodnie odmówili odpowiedzi na pytania prokuratora oraz oskarżycieli posiłkowych. Zgodzili się odpowiadać jedynie na pytania sądu i swoich obrońców. Żaden z oskarżonych nie przyznał się do użycia niebezpiecznego narzędzia podczas napadu. Żaden z nich nie widział też młotka u któregokolwiek uczestnika napadu. Gazu również nie używali. Daniel R. przyznał, że miał przy sobie pałkę teleskopową.

Nie ma śladu po zrabowanych 350 tys. zł w różnych walutach. Bandyci nic na ten temat nie mówią. Prawdopodobnie wszystko zabrał jeden z nich.

Ofiary są przekonane, że napad był planowany dużo wcześniej. Pani Jolanta w sądzie powiedziała, że przed napadem widziała Daniela R., Tomasza K. i Dawida K., który miał tylko wieźć Daniela, a nie brał udziału w zdarzeniu.